KIERUNEK NIEMIECKIE OKOPY – CZĘŚĆ TRZECIA

Wtem Gelion, mój przedni karabiniarz, z kolei wali się gwałtownie obok Delpecha… Nawet nie jęknął … Już jestem przy nim. “Czy ciężka rana?” … Zobaczymy to zresztą potem! Niech go zastąpi ktokolwiek inny… Pierwsze akcje czołgów mające miejsce w czasie pierwszej wojny światowej nie były skoordynowane z działaniami piechoty. Po przejechaniu kilkuset metrów, czołgiści musieli samodzielnie stawiać czoła przeważającym siłom wroga chroniącym się w okopach.

Winą za ten stan nie można obarczać sztabowców lecz brak dostatecznego wyszkolenia oddziałów piechoty we współdziałaniu z nowym rodzajem broni jakim były czołgi. Załogi wozów bojowych biorąc udział w pierwszych walkach również popełniały błędy co kończyło się właśnie tym co opisuje porucznik Fourier we wspomnieniach wydanych w 1919 roku. Na początku czołgi wraz z piechotą szły ramię w ramie, ale po kilku minutach okazywało się, że albo marsz wozów był zbyt szybki, albo piechota musiała chować się w lejach wyżłobionych ostrzałem artyleryjskim na ziemi niczyjej.

Trzeba też mieć na względzie udoskonalaną przez Niemców taktykę obronną. Widząc nadchodzące czołgi, opuszczali oni pierwszą linię okopów. Kiedy czołgi przejechały przeszkodę wówczas wracali aby otworzyć ogień z tyłu. W taką pułapkę wpadli czołgiści dowodzeni przez porucznika Fourier. Dziś kolejna część opowieści. W zeszłym tygodniu zatrzymaliśmy się w momencie gdy ich czołgiem targnęła eksplozja.

Noc – lampy zgasły… Bezruch.

“Panie poruczniku! panie poruczniku”! ryczy mechanik.

W mózgu błyska mi świadomość: palimy się, to już koniec!…

Ale nie, w ciemności nie błyska żaden płomyk … jedynie światło dzienne przenika po trochu przez szczeliny.

Z zewnątrz dochodzi potężny huk ognia artyleryjskiego suche uderzenia pocisków karabinowych w nasz pancerz.

Naciskam starter – nie działa zupełnie… .

Zapewne został zerwany kabel prowadzący do akumulatora.

Reperować?

Nawet nie ma co o tym marzyć… – Trzeba zapuścić silnik korbą.

Pomimo panującej ciemności jednym skokiem jestem przy silniku, przy którym już krząta się Misson. Wyciągam kieszonkową latarkę elektryczną i drę się:

“Prędko, spróbujcie zakręcić silnik korbą… Gdzie jest korba? Na miłość boską, gdzie jest ta korba?… Szukajcie jej lepiej zamiast patrzeć na mnie głupim wzrokiem”.

Korba zniknęła.

Bez wątpienia na skutek wstrząsu wpadła w jakiś kąt i leży tam niewidoczna.

Tymczasem, przykry dla ucha, gesty grad pocisków nie przestaje bębnić w stal pancerza …

Wtem Gelion, mój przedni karabiniarz, z kolei wali się gwałtownie obok Delpecha… Nawet nie jęknął …

Już jestem przy nim.

“Czy ciężka rana?” …

Zobaczymy to zresztą potem! Niech go zastąpi ktokolwiek inny…

Jak te wypadki szybko następują po sobie ….

Gdzież jesteśmy w tej chwili?

Przede wszystkim. zimnej krwi!

Głowa pochyla mi się z lekka, czuję w niej dziwną pustkę…

Podczas gdy kapral zajmuje się rannymi, we mnie następuje reakcja, wdrapuje się na swe siedzenie i rozglądam się dokoła czołga.

Sytuacja jest zupełnie nie do pozazdroszczenia.

Czołg stoi nieruchomo i na dobitkę uszkodzony; w odległości zaledwie piętnastu metrów od okopu nieprzyjacielskiego.

Zdradzieckie karabiny maszynowe z prawej strony ostrzeliwują nas bez przerwy. Ponieważ jednak strzelają przy ryglach otwartych, pancerz na razie wytrzymuje.

Przed nami o sześćdziesiąt metrów płonie coraz to lepiej czołg z sąsiedniej baterii.

Po lewej stronie błyszczą przeszkody z drutu kolczastego, daleko z tylu za nimi okopuje ,się nasza piechota, która nie mogła widocznie posunąć się dalej z zajętej linii lejów.

Oto jak przedstawia się nasze położenie, zaiste wspaniale!

– Pinson chodź tu …będziesz obserwował dokoła przez szczeliny obserwacyjne. Jeśli zobaczysz cos nowego – zamelduj mi o tym natychmiast.

– Rozkaz, panie poruczniku.

Pinson, który zawsze dawał dowody zimnej krwi, spokojnie zajmuje moje miejsce.

Wracam do motoru, mechanik ciągle szuka korby. Zaczynam się denerwować i upuszczam latarkę elektryczną, którą sobie przyświecałem. Latarka spada na płytę stalowa i naturalnie tłucze się.

A kule tymczasem ciągle bębnią po pancerzu

Wściekam się, niezbędna dla nas korba, zupełnie jakby się ulotniła.

Nie zważając na niebezpieczeństwo spowodowania pożaru, zapalam zapałkę i nachylając się szukam pod silnikiem.

Niema! A pod dynamo-maszyną?

– Panie poruczniku! Prędko-woła Pinson-Bosze rzucają w nas granaty ręczne.

Pędzę do wieżyczki.

Rzeczywiście, w odległości piętnastu metrów, olbrzymiego wzrostu blondyn, prawdziwy zuch, bez hełmu, rynsztunku i broni, odważył się wIeść na przedpiersie okopu i rzuca w naszego “Toinon”[1], jeden za drugim granaty zapalające, które podają mu koledzy. Granaty odbijają się od ich ścian pancerza, lecz co gorsza, spadają na ziemie, gdzie eksplodują, rozrzucając na wszystkie strony długie bryzgi palącego się fosforu.

Benzyna napewno wycieka ze zbyt przechylonych[2] zbiorników i spływa pod czołg, jeżeli trafi tam jedna cząsteczka palącego się fosforu …

Nie śmiem o tym myśleć, zimny pot zrosił mnie w jednej chwili.

Na dobitkę olbrzym stoi na wprost narożnika, tak, że nie może go dosięgnąć! żaden z naszych karabinów maszynowych.

Co tu zrobić?

Spokojnie wyciągam browning z futerału… Na szczęście lufa mieści się akurat w szczelinie obserwacyjnej.

Celuję sekundę. – wiek cały – i nie odrywając palca od języczka spustowego oddaje wszystkie siedem strzałów…

Hurra!

Niemiec chwyta się rękami za piersi i pada. Granat, który trzymał w ręku, wybucha pod nim….

Czołg jest ocalony …przynajmniej na chwile!

Tak, nie na dłużej.

Podczas; gdy byliśmy zajęci żołnierzem’ rzucającym granaty, karabiny maszynowe boszów nie zwracając naszej uwagi przybliżyły się i zajęły stanowisko tuż na wprost nas, Nagle

jeden z karabinów maszynowych Maxima ukazał się na przedpiersiu okopu. Błysnęły krótkie płomienie i grad pocisków zasypał nasz prawy karabin maszynowy. Obsługujący go Chevalier odpowiada dzielnie, lecz wkrótce broń jego przestaje działać. Cala ta część lufy, która wystaje na zewnątrz najwidoczniej została poszarpana i zniszczona przez kule, na szczęście uniknęliśmy przynajmniej eksplozji.

Przez drobne szczeliny wmocowania broni przenikają odpryski kul i bryzgi roztopionego ołowiu raniąc go w twarz i w ręce, Chevalier krwawi.

Wtem lewa ręka opada mu bezwładnie przebita przez kulę.

Na domiar nieszczęścia, ten sam pocisk, który nie wiem w jaki sposób przeniknął do wnętrza czołga, przebija jeszcze rurę doprowadzającą wodę do chłodzenia silnika.

Będziemy się jednak bronili do ostatka.

Myślałem właśnie o tym, by zniszczony prawy karabin maszynowy zastąpić lewym, zbędnym nam w tej chwili z tamtej strony.

– Ach… ramie!

Znów zostałem ranny! W pobliżu szyi bluza moja zabarwia się, krwią. Czuje jak coś ciepłego spływa i lepi się na piersiach. Mogę wprawdzie poruszać ręka, lecz przychodzi mi to z wielkim trudem.

– Panie poruczniku, korba, korba!

Odwracam się. To mój zastępca kapral Peyrand odnalazł wreszcie nieszczęsną korbę.

Nie myślę już więcej o swych ranach.

– Szybko, założyć ja … Czy benzyna dochodzi? … Dobrze, zakręcić silnik, jeszcze!

Ale stukonny silnik jest trudny do uruchomienia.

Sześciokrotnie robimy co możemy, zniecierpliwieni, zadyszani, spoceni.

To nasza ostatnia deska ratunku.

Nic nie pomaga, ani jednego wybuchu w cylindrach …

Nie możemy uruchomić silnika.

Czy to następuje załamanie się odwagi, czy po prostu zmęczenie?

Opieram się o podstawę działa.

Karabiny maszynowe boszów przestały strzelać …

Wobec milczenia panującego wewnątrz czołga, oni niewątpliwe nie dowierzają … lub tez być może uważają nas już za nieboszczyków. W każdym bądź razie nie odważają się jeszcze przybliżyć do czołga…

…Ach świnie.

To Labrouse, mój ostatni cały karabiniarz, który właśnie ukończył wyjmowanie lewego karabinu maszyno wilgo, kładzie go na ławeczce po prawej stronie. Podążał gdy Labrouse odkręca jarzma zniszczonego karabinu, ja chwytam go za tylce.

– Uwaga… hop!

Ciągnąć z całej siły za tylce wyciągam broń z jarzma, a jednocześnie niemal Labrouse wsuwa w otwór strzelnicy nowy karabin maszynowy gotowy do strzału.

Trwa to wszystko mgnienie oka, tak że bosze nie mają czasu zasypać nas kulami przez zdradziecką strzelnicę

Już klęczę, i szybko naciskam spust.

– Ta-ta-ta-ta-ta-ta …

Karabin maszynowy wystukuje prosto w twarz boszom nasza zemstę.

Jakżeż złowrogo muszę wyglądać w tej chwili: uczepiony do broni, pokiereszowany, krew spływa mi z czoła, twarz

osmalona i wściekle wykrzywiona, ubranie zakrwawione

i w nieładzie…

Strzelam, strzelam ciągle… ,

Nienawiść, rozpacz lecą wraz z kulami.

Cel jest tak blisko, że nie podobna chybić…

Kapral i mechanik krzątają się tymczasem, ciągle na próżno, koło silnika.

Z przedpiersia okopu bosze staczają się jak figurki tekturowe, wielokrotnie przedziurawione, szybkimi pociskami. Ich karabin maszynowy spada do okopu …

– Dobrze!… do stu piorunów …

Zacięcie, przeklęte zacięcie następuje niespodziewanie.

Co za pech! Mógłbym wytłuc i wyciąć wszystko, niktby nie uciekł.

Nie można poruszyć raczka zamkową

Wściekam się…

Uderzam jak szalony…

Nareszcie!

Poruszyła się i stanęła na swoim miejscu…

Lecz co to?

To złowrogie bębnienie po pancerzu, to przecież pociski

boszów, które dźwięczą na nowo.

Za tydzień kolejna dawka pancernych emocji… 😉


[1] Imię własne tego czołga

[2] Wskutek wstrząsu i nachylenia się czołga

M. Gegneur, M. Fourier, Avec les chars d’assaut, Librairie Hachette 1919.

Modelstory 18 kwietnia 2013 GŁÓWNA, RELACJE