KIERUNEK NIEMIECKIE OKOPY – CZĘŚĆ PIERWSZA

Co czuje czołgista przed ruszeniem w bój, jakie ma myśli, co sądzi o załodze, jakie są pierwsze emocje po zamknięciu włazu i włączeniu silnika? W dość dosadny i ilustrujący sposób przedstawia swoje przeżycia porucznik Fourier, który w maju 1917 roku kierował jednym z czołgów St.  Chamond podczas natarcia pod Laffaux.

Muszę podziękować w tym miejscu Bartkowi Tyszkiewiczowi, który podrzucił mi skan przedwojennego pisma “Podchorąży”. Przedrukowano w nim fragmenty książki “Avec les chars d’assaut”, gdzie zebrał swoje przeżycia wspomniany porucznik. Nie są to suche fakty, które staram się ubarwiać topornym humorem i szczyptą wiedzy opisując w kolejnych tekstach czołgi. Tutaj mamy przeżycia, a wnętrze pojazdu nabiera życia. Kiedy czytałem poniższe wspomnienia wpadłem na pomysł uruchomienia nowej zakładki na blogu. Na razie daję jej roboczą nazwę RELACJE. Zamierzam publikować tutaj fragmenty opowieści pancerniaków, których za sprawą dwóch globalnych konfliktów i wielu lokalnych wojen uzbierało się w ubiegłym wieku sporo. Teksty będą wrzucane chronologicznie. Jeśli posiadacie ciekawe źródła, w których zawarte są wspomnienia czołgistów w czasie I wojny światowej, dajcie znać.

Jeszcze tylko krótkie wprowadzenie w akcję. O francuskiej konstrukcji St.Chamond pisałem już jakiś czas temu. Na pierwszy rzut oka był to niezgrabny pojazd, który zaskakiwał nieproporcjonalnie małym zawieszeniem w stosunku do nadwozia. W maju 1917 roku, czołgi te przechodziły swój chrzest bojowy i nikt do końca nie wiedział jak będą one zachowywać się w warunkach bojowych. Warunki terenowe były dogodne do użycia tych pojazdów, tak więc bohater wspomnień nie powinien mieć kłopotów z grząskim gruntem.

Prezentowane poniżej wspomnienia podzieliłem na części. Celowo nie poprawiałem pewnych, dziś powiemy błędów językowych, ale 80 lat temu tak właśnie się pisało w przedwojennych polskich czasopismach. Zapraszam do lektury. Bartku jeszcze raz dziękuję…

MÓJ CZOŁG W BITWIE 5-GO MAJA 1917 ROKU

“Znacie przecież naszego dowódcę?,

Jest to stary piechur, uczestnik walk pod Verdun i nad Sommą, którego odwaga i śmiałość były wielokrotnie wypróbowane.

Odnosił się on z najwyższą pogardą do tych wszystkich papierków, którymi zasypywał nas sztab. Od tygodnia już, to jest od czasu, gdy otrzymał rozkaz, że bateria[i] jego będzie walczyć samodzielnie, skrupulatnie gromadził w swej kieszeni wszystkie okólniki, notatki i rozkazy, które mu doręczano.

W rezultacie, widząc ich narastanie, obawiał się zapoznać z tymi zbytecznymi i zawadzającymi szpargałami.

Czy nie miał wreszcie racji?

Odczytanie całej tej nagromadzonej lektury nie przyniosło nam w rzeczywistości nic nowego, czego byśmy już nie wiedzieli.

Zainteresował nas jeden jedyny dokument, bardzo lakoniczny zresztą, który brzmiał: “dzień J – 5-go maja, jako godzina H wyznaczona jest czwarta minut 45”[ii].

Na szkicach znaleźliśmy poszczególne cele działania. Moja oś marszu wymagała zdobycia najpierw okopu Pertuisane, gruntownego oczyszczenia go z nieprzyjaciela, to znaczy wypędzenia go ogniem moich karabinów maszynowych i zmuszenia do poddania się lub ucieczki. W razie zauważenia karabinów maszynowych nieprzyjaciela należało je zmusić do milczenia celnym ogniem mojej siedemdziesiątki piątki lub też zgnieść ciężarem czołga.

Następnie skoro nasza piechota zajmie ten okop, powinienem skierować się na fermę Vauralis, na wschód od wiatraka w Laffaux, strzelając z karabinów maszynowych i działa, miażdżąc i niszcząc po drodze wszystko, co mogłoby stanowić przeszkodę w dalszym natarciu.

Skoro każdy z nas zapoznał się dokładnie ze swa jutrzejsza rolą, postaraliśmy się wypocząć przez kilka godzin.

Noc przed natarciem jest zawsze nocą poważnych rozmyślań.

Zawinięty w płaszcz i wyciągnięty tuż obok mego czołga na próżno czekałem na sen. Mając dwadzieścia lat, nie zna się jeszcze dość dobrze życia, aby się go kurczowo trzymać – jest to plus młodości. Pomimo to jednak czułem wszystkie nerwy dziwnie napięte bliskością tego groźnego “nieznanego”, które wyczuwałem dookoła.

“Jak to będzie jutro” brzmi znane pytanie – i ja zadawałem je sobie w duchu.

Myśli moje zajęte były przede wszystkim mym czołgiem.

Przypomniałem sobie jego ostatnie oględziny, tak starannie przeprowadzone tegoż wieczoru. Tak, wszystkie środki ostrożności zostały przedsięwzięte, lecz za dobrze znalem kruchość gąsienic, by być zupełnie pewnym posuwania się bez uszkodzeń. Jeden fałszywy manewr, zbyt ostry zakręt, lej niezauważony w porę lub zbyt bliski wybuch nieprzyjacielskiego pocisku – a będziemy unieruchomieni!

Uszkodzenie, którego się tak obawiałem, uszkodzenie zatrzymujące nas w walce oznaczało nie tylko niemożność wypełnienia otrzymanego zadania, lecz także lawinę pocisków nieprzyjacielskiej artylerii i straszny pożar czołga, jako koniec wszystkiego.

Prócz tego pojawiła się jeszcze jedna troska: jak zachowa się załoga czołga, która po raz pierwszy znajdzie się w rzeczywistym ogniu, jak i ja zresztą.

A ja sam czy będę dość panował nad nerwami, czy znajdę w sobie dość odwagi, by dać im przykład?

Nie mogę zasnąć.

Zresztą natężenie obustronnej kanonady wzmagało się. Powietrze było przepełnione świstem i jękiem pocisków, przelatujących licznymi nawałnicami ponad naszym okopem. Mózg mój odczuwał jak walenie młotem wybuchy pocisków i huk wystrzałów.

Miałem wrażenie, ze ogień i stalowe sklepienie uwięziły nasze czołgi i w każdej chwili mogą nas zgnieść swym upadkiem.

I przychodziło mi na myśl to pełne dumy zdanie naszych galijskich przodków: “Obawiam się tylko jednej rzeczy, żeby niebo nie runęło mi na głowę”

Ten śmiały obraz stał się dzisiaj realna pogróżką.

Ale nie! Pogróżka nowoczesnego Hunna nie może zgiąć głowy Galla, którym jestem.

Trzecia godzina!

Teraz co chwila już spozieram na swój zegarek. Serce bije mi tak głośno, jakby chciało wyskoczyć z piersi, mózg mój wre, a w głębi gardła czuję cierpki posmak krwi.

Moi ludzie leżą nieruchomo, nie słyszę ich wcale.

Czwarta godzina. Porucznik Begarie tracą mnie lekko w ramię. Jakby podrzucony przez resory zerwałem się na nogi. Jego dziarska postać rysuje się przede mną.

“No, czas już przygotowywać się”

– Rozkaz, panie poruczniku!

I podczas, gdy por. Begarie oddala się, nie mogę powstrzymać się od myśli, że nasz dowódca tym jednym zdaniem skazał nas na śmierć…

Szybko robię zbiórkę załogi, wszyscy są na miejscu. Umocowuje do pasa pistolet i sztylet, jednym spojrzeniem sprawdzam, to wszystko jest gotowe do odjazdu i idę zameldować o tym dowódcy.

Porucznicy Hitier i Ragaine są jut tam. Ragaine trzyma w ręku flaszkę rumu i nalewa każdemu z nas sporą szklankę. Jeszcze pożegnalny uścisk dłoni, z całego serca i z całych sił…

Czwarta trzydzieści. Udajemy się do swych czołgów, a na piersiach lśni nam w pierwszych blaskach zorzy porannej, obmyślony dla nas przez majora Bossut, znak symboliczny, przedstawiający złotego smoka, któremu z otwartej paszczy wiecznie buchają płomienie.

Gwałtownie zatrzasnęły się za mną wąskie, stalowe drzwiczki, powodując drżenie pancernej skorupy czołga, podobne do drżenia przebiegającego przez grzbiet rumaka dosiadanego przez jego pana.

Kapral starannie przekręcił wewnętrzną[iii] klamkę.

Zgięty we dwoje, przed zajęciem siedzenia kierowcy, ostatnim rzutem oka pragnę objąć cala nasza istotę. Od tej chwili bowiem, załoga, czołg i ja sam tworzymy jedną istotę, która w nadchodzącej już chwili runie do bitwy …

Słowa Polyeucta, o nieco zmienionym sensie, nabierają dla mnie specjalnej wartości:

“Dokądże ich poprowadzisz? – Na śmierć! Po sławę!”

Maleńkie żarówki elektryczne umieszczone na suficie kapryśnie migocąc oświetlają niezliczone maszynerię czołga, nagle jakby zupełnie nowe dla nas, a jednocześnie takie swojskie!

Ciekawe wrażenie, zdaje mi się, że jestem tylko widzem, tego co odbywa się koło mnie, a nie jednym z aktorów.

Mechanik pochylony jest nad swym silnikiem, czarna, masa, nad którą wznosi się iskrząca rura. Całość tworzy wysepkę zajmująca cały środek wnętrza czołga.

Na przodzie czołga, tuż przed moim siedzeniem, rysuje się podłużna sylwetka armaty 75 mm, opartej na szarej lawecie, oraz celowniczy Delpech, który siedząc na metalowym siodełku wydaje się stanowić ze swym działem jedna całość; po raz ostatni sprawdza on działanie mechanizmów celowniczych.

Po prawej i lewej stronie w na wpół otwartych skrzyniach amunicyjnych widać umieszczone w gniazdach wyrównane szeregi pocisków armatnich. Gelion, Chevalier, Labrousse i Pinson, strzelcy umieszczonych w gniazdach karabinów maszynowych, przykucnęli na swych ławeczkach, zachowują się spokojnie, lecz widać, że gotowi są jednym skokiem dopaść do swej broni, stać się jej mózgiem i mięśniami.

Mój zastępca, dzielny kapral Peyrand, zajął już swe stanowisko.

Co myśli w tej chwili załoga mego czołga, tych siedmiu czujnych ludzi, zajmujących swe stanowiska bojowe, a odzianych w czarne skórzane kurty, z rewolwerami i sztyletami u boku?

Staram się przeniknąć ich spojrzeniem, o którym mówi Pismo święte, iż przewierca piersi i serca: żaden z nich pod wpływem mego spojrzenia nie spuszcza oczu.

Wszystko jest już gotowe – my również, jestem ich pewien, tak jak oni mogą być pewni mnie.

Z kolei i ja, przekraczając lawetę działa i ocierając się o celowniczego, przedostaje się na swe stanowisko, to pewne, te wnętrze czołga nie jest zbyt szerokie i trudno się w nim swobodnie poruszać. Przesuwać się trzeba, wtulić głowę w ramiona, skurczyć się w sobie, zgiąć nogi, przeciskać się miedzy silnikiem i działem oraz karabinami maszynowymi, unikać wystających do środka nitów łączących blachy pancerne, nie zahaczyć w przejściu o żelazne pręty, rozmaite przeguby i spojenia, oraz stalowe kable przebiegające wzdłuż ścian.

Jestem wreszcie na swym miejscu i zwracam się do mechanika:

“zapuścić silnik”.

– Gotowe, panie poruczniku!

Naciskam starter, z raptownym warkotem silnik zaczyna pracować. Przez chwile wsłuchuje się w rytm pracy mego potężnego stukonnego silnika. Wzruszenia przeżywane podczas ostatniej bezsennej nocy prysły całkowicie, wiem, ta decyzja należy całkowicie do mnie. Jestem dziwnie spokojny: mój czołg jest mi całkowicie posłuszny.

A co się dzieje na dworze? Otwieram znajdujące się nade mną okienko kierowcy i wysuwam głowę z czołga.

Ciemności i nic prócz ciemności dokoła.

Panujący na zewnątrz hałas wtargnął do czołga. Oczy moje oślepione poprzednią jasnością lamp elektrycznych powoli i z trudem rozróżniają zarysy otaczających mnie przedmiotów, oświetlanych światłem szalejących wybuchów pocisków artylerii .

Niecierpliwy głos porucznika Begari zabrzmiał tuż przede mną:

“Naprzód! musimy najpierw ustawić siły w szyku bojowym na podstawie wyjściowej”.

Noga moja automatycznie opuściła się na akcelerator[iv]. Powoli czołg ruszył naprzód. Zakręt w prawo i wolniutko wspinam się na stromą szkarpę.

Czołg mój jest za okopem, obok czołga porucznika Hitier, który mnie wyprzedza. Zwracam głowę do środka, aby sprawdzić godzinę. Zegarek mój wskazuje czwarta minut czterdzieści.

Mamy więc jeszcze pięć minut czasu.

W okopie obok nas słychać szmery i widać poruszające się sylwetki.

Nagły błysk stali – to piechury wkładają bagnety na broń.

Huk artylerii jest teraz niesłychany, nawet gwałtowne zawalenie się sklepienia niebios nie mogło by spowodować takiego hałasu.

Blade światło na wschodzie szerzy się, gwiazdy stopniowo bledną, podczas gdy na horyzoncie wyłaniają się z mroku zaróżowione małe obłoczki.

Tym lepiej: za chwilę będzie dość widno, abym przez szczeliny obserwacyjne mógł widzieć teren.

Cofam więc głowę, opuszczam pokrywę pancerza i starannie zamykam ją od wewnątrz. Jednocześnie przycicha dotychczasowy hałas.

Teraz jesteśmy już od wszystkiego i od wszystkich odizolowani stalową skorupą pancerną.

Odwracam się w tył i przysłuchuje przez chwilę pracy silnika…”.

Za tydzień ciąg dalszy…


[i] Czołgi nazywano we Francji początkowo “artylerią szturmową” dlatego też pododdziały nazywano wtedy bateriami, a nie kompaniami.

[ii] W celu zachowania tajemnicy wszystkie rozkazy dotyczące przygotowania jakiegoś natarcia nie podawały jego dokładnej daty, tylko określały ją w sposób następujący: dzień J (skrót od jour), godzina H (heure). Przy układaniu planu natarcia wpisywano wiec terminy różnych czynności w następujący sposób: przybycie oddziałów artylerii dzień J – 3, rozpoczęcie przygotowania ogniowego godzina H — 8, zasłona dymna H-lO i t. d. Po otrzymaniu zaś, na krótko przed natarciem rozkazu, który ustalił dzień J i godz – H, w minutowych planach czynności wpisywano już godziny zegarowe.

[iii] Drzwi i okienka zamykają się od wewnątrz, aby w razie unieruchomienia czołga nieprzyjaciel nie mógł się do niego dostać.

[iv] Pedał “gazu” t. j. regulujący dopływ mieszanki.

M. Gegneur, M. Fourier, Avec les chars d’assaut, Librairie Hachette 1919.

Modelstory 4 kwietnia 2013 GŁÓWNA, RELACJE