KIERUNEK NIEMIECKIE OKOPY – CZĘŚĆ DRUGA

Skierowywuje wzrok na cel… lecz nic się nie dzieje. – „Dlaczego nie strzelasz? Pospiesz się z celowaniem, bydlaku”!… Atmosfera podczas walki wewnątrz stalowych maszyn była gorąca. Nerwy udzielały się wszystkim członkom załogi, nawet tym z doświadczeniem bojowym. W zeszłym tygodniu zamieściłem pierwszą część wspomnień francuskiego oficera kierującego jednym z czołgów, który wziął udział w bitwie stoczonej 5 maja 1917 roku.Starcie było częścią tzw. “ofensywy Nivell’a” głównodowodzącego armii francuskiej, który zamierzał zdecydowanym atakiem złamać opór wojsk Cesarstwa Niemieckiego. Porucznik Fourier, autor wspomnień barwnie opisuje relację natarcia pod Laffaux, które rozpoczęło się wczesnym majowym rankiem. W poprzedniej części przedstawione zostały przemyślenia i obawy dowódcy czołgu St. Chamond, od których nie mógł uwolnić się podczas ostatnich godzin nocnych poprzedzających atak. Dzisiejszy tekst przybliży nam atmosferę pierwszych chwil natarcia oraz usilne starania niemieckich żołnierzy zmierzających do zatrzymania czołgów. Wspomnienia francuskiego oficera przedrukowane zostały w przedwojennym numerze magazynu wojskowego “Podchorąży”. Tekst zawiera oryginalną pisownię, którą stosowano w Polsce okresu międzywojennego.

„Ludzie moi wszyscy wpatrują się we mnie.

Krzyczę: “dobrze jest! Gazu! naprzód!”

Nagle czerwone rakiety wzbijają się w niebo: to bosze żądają otwarcia ognia zaporowego swej artylerii.

Machinalnie rzucam okiem na zegarek, jest dokładnie czwarta minut czterdzieści piec.

Zielona chorągiewka na czołgu por. Begarie porusza się, czołg otacza się kłębem białawego dymu spalin i wygląda jak w apoteozie. Słońce ukazuje swój rąbek i czołg por. Begarie rusza naprzód. Czołg por. de Hitier również rusza z miejsca.

Kolej na mnie! Włączam bieg i dodaje gazu.

Jednym rzutem oka ogarniam błękitne płaszcze, które zerwały się z ziemi, wdrapują na przedpiersie okopu i rzucają się naprzód.

Ruszam z miejsca.

Linia okopów francuskich jest już przebyta.

Mój przedmiot natarcia położony jest bardziej w lewo, posuwam się więc na ukos, jestem wreszcie na wprost okopu Pertuisane.

We wschodzącym słońcu widzę z lewej strony w odległości 500 metrów sąsiednia baterię czołgów, jak przebywa linje. Wyrównane jak na ćwiczeniach, cztery czołgi zdają się ślizgać po zrytej ziemi…

Dziwne kształty nacierających ~czołgów robią duże wrażenie.

Ale dość już, trzeba skupić uwagę na własnym kierunku posuwania się. Jestem tu by działać, a nie obserwować.

Z ręką na kierownicy, nie odrywając oczu od wąskich szczelin obserwacyjnych, badam okoliczny teren, starając się wymijać przeszkody.

Czerwony błysk… gwałtowne uderzenie w twarz i instynktowne odrzucenie głowy w tył.

Zaledwie o trzy metry przede mną wytryskuje w górę gejzer ziemi i płomieni.

Oślepiony i ogłuszony instynktownie hamuje czołg.

Gorzki zapach siarki i spalonego prochu chwyta za gardło.

Czy to odłamki pocisku tak smagnęły po pancerzu, że cały czołg drży jeszcze?

Udało się nam jednak wyjść cało.

Ruszam naprzód omijając ziejący krater, z którego jeszcze unosi się dym i znów skierowuje czołg we właściwym kierunku.

Piechurzy, których dogoniłem, dzielnie posuwają się naprzód. Towarzysząca nam piechota nie odrywa się od nas.

Lecz ze wszystkich stron tryskają nagle wulkany, niezliczone

wybuchy pocisków rwą powietrze.

Odłamki przelatują dokoła, bębniąc wściekle po pancerzu, czarne obłoki dymu unoszą się naokoło tworząc gęsta zasłonę.

Wokół czołga piechurzy walą się jak kłody, inni opadają mięko, a krew występuje czarnymi plamami na ich niebieskich płaszczach.

Niektórzy są trafieni w same piersi, pękające pociski rozrzucają we wszystkie strony straszne szczątki. Inni znów wyrzuceni w górę, wirują, zanim ich skrwawione zwłoki nie opadną na ziemie.

Na kilkunastu trupach pali się odzież.

Zdaje mi się, że słyszę szelest spadających kawałków ciała i płonącej krwi.

Rozchodzi się przykra woń, dusze się, oczy mnie pala, szumi w uszach.

“Ogień zaporowy”.

Słowa te zrywają mi się z warg, lecz czołg mój wciąż posuwa się naprzód…

Skóra mi cierpnie na plecach, jak podczas burzy: w każdej chwili oczekuje straszliwego rozdarcia blach pancernych i słupu ognia, który nas unicestwi.

Mam przed sobą koszmar i zdaje mi się, że serce przestało mi bić. Ręce moje kurczowo zaciskają się na kierownicy.

Pracuję jak automat, omijam kratery, ziejące ze wszystkich stron i posuwam się poprzez zaporę ogniową.

Wreszcie przejechałem!

Naprzód! Zawsze naprzód!

Czołg mój zbliża się do pierwszej linii drutów kolczastych.

A jednak patrole piechoty miały racje, druty kolczasty są nie naruszone.

Jakiej z odwagi trzeba, by iść naprzód, wiedząc, ze natknie się na przeszkodę nie do przebycia!

Lecz na szczęście ja tu jestem.

Te zasieki kolczaste były naprawdę doskonale zawczasu założone. Głęboko zakopane kołki z drzewa zdają się nie do wyrwania; kozły hiszpańskie, walce z drutu powiększają masę splątanych drutów.

Cóż to jednak znaczy dla nas, jazda wprost na nie!

Trzeba wykonać szybko zbawcze przejście dla piechoty.

Czołg mój zagłębia się wolno, lecz pewnie.

Druty pękają, słupki trzeszczą i łamią się, po bokach ciągną się i rwą całe pasma drutu.

Ciężka masa mej machiny gniecie, łamie i burzy wszystko przed sobą.

Powiększam przejście wykonując zakręty i jeżdżąc wzdłuż zasieków, niszcząc je i równając z ziemią na szerokiej przestrzeni. Nasza piechota będzie mogła teraz przejść bez trudności.

A teraz do drugiej przeszkody.

Posuwam się naprzód i docieram do następnych drutów kolczastych.

Tu artyleria lepiej spełniła swą rolę, miejscami zasieki są więcej zniszczone niż poprzednie.

I te zasieki nie opierają się nam długo, szybko połączyłem kilka drobnych wyrw w jedną.

Teraz posuwam się wolno w stronę usypanego zygzakowato wału z ziemi, to mój pierwszy cel natarcia: okop Peltuisane.

Zbliżam się…

Nic…

Wspinam się na nasyp okopu – pusty!

Czyżby bosze już go opuścili?

Skręcam i posuwam się wzdłuż dużego rowu, który wybuchy pocisków porozpruwały miejscami.

Uwaga! – jest nasza zwierzyna Gazu!

Moi strzelcy z karabinów maszynowych, którzy przed chwilą widzieli masakrę swych kolegów, nie potrzebują zachęty.

Szare sylwetki uciekają przed nami co sił, zawracają i chronią się do lejów.

Nie mam czasu się odwrócić, suche trzaski wystrzałów dźwięczą tuż za moimi plecami i wstrząsają bokami czołga.

To Pinson, kulomiotacz z lewej strony, który rżnie ze swej maszynki, A oto z przodu Gelion setnie mu pomaga.

Snopy naszych pocisków wbijają się w brunatną ziemię lub też chłoszczą ją, wznosząc małe obłoczki kurzu.

Okop jest dosłownie wymieciony przed nami, z kolei bosze zostali wybici.

W odległości około stu metrów przed sobą na przedlesiu widzę wzniesienie ziemi, z tylu poza nim, grupka ludzi ukryta w jamie krząta się przy jakimś dziwacznym przedmiocie.

 Ryczę wiec „karabin maszynowy!…Do działa”

– Rozkaz!

– „Czy widzisz go Delpech, tam za nasypem?”

– „Widzę”.

Z okiem przywartym do panoramy[1]. Celowniczy szybko przesuwa pokrętła. Wkrótce lufa się zniża, przesuwa w prawo, aż wreszcie zatrzymuje się we właściwym kierunku.

– „Gotów”.

– „Ognia”.

Suchy huk, czołg cały wstrząsnął się, wewnątrz nie widać nic, tak przepełnione jest dymem …

Biały obłok ukazał się miedzy boszami a czołgiem i wkrótce się rozwiał.

– „Za krótki[2] strzał, wydłużyć!”

Bosze nie przerywają swego ognia. Delpech sprawdza celownik.

„Gotów”.

Drugi huk.

Błysnęło pośrodku grupki nieprzyjaciół, poprzez białawy dym wybuchu widzę przewracające się postacie ludzkie.

Dym się rozwiał — nic więcej się nie rusza w tym miejscu. Nikt więcej nie stawia oporu w okopie.

Zwracam się do kaprala: – “wysuńcie chorągiewkę wzywającą piechotę, szybko!”

Trzeba posuwać się dalej do przodu.

Jednym rzutem oka oceniam teren. Okop nie jest tu zbyt szeroki, można go przebyć. Skręcam wiec w prawo i pomału posuwam się do przodu. Dziób czołga zniża się, opuszcza w dół, wreszcie wyrównuje i opiera się na drugim brzegu okopu. Pomału, pomału zaczynamy się nań

wspinać, przód wznosi się do góry, niemalże do nieba; chwile czołg chwieje się na nasypie i wreszcie przechyla się i łagodnie opada.

Okop przebyty.

Chwilka zatrzymania się muszę się zorientować, gdzie my jesteśmy, gdzie jest wróg, gdzie jest nasza piechota.

Otwieram okienko obserwacyjne z lewej strony…

Jakieś wielkie światło wzbija się tam w górę, jakby olbrzymia pochodnia… pochodnia…

Ależ tak, to płonie czołg z sąsiedniej baterii!

Biedni koledzy!

Nieruchomy, śmiertelnie ugodzony czołg wyrzuca do nieba długi, czerwony płomień, otoczony gęstym, czarnym dymem.

Trwoga nagle chwyta mnie za gardło…

I zaraz nasuwa się pytanie: który to czołg?

Straszne przeznaczenie!

Chcę się oderwać od tego okrutnego widowiska.

Cóż zobaczę z prawej strony? Otwieram, okienko obserwacyjne.

Około sześciuset metrów od nas jeden z czołgów zatrzymał się przed okopami. Nad czołgiem powiewa posępnie czarna chorągiewka, sygnał alarmowy!

Odczytuje na tkaninie: numer 1. A wiec to czołg por. Begarie. Ale cóż robi piechota? Gdzie się zatrzymała?

Co ja widzę? Fale szturmowe piechoty wydają, mi się daleko, daleko, z tyłu po za nim, zajmują one szereg lejów po wybuchach pocisków niebyt odległych od podstawy wyjściowej natarcia.

W myśli obrzucam piechurów zniewagami i złorzeczę im. Cóż ich zatrzymało?. Bosze uciekają oczyściłem przecież okop. Dlaczegóż więc nie posuwają się naprzód, przecież teren wolny. Widzę wycofujących się boszów…

Lecz cóż to za szare postacie biegnące kolumienkami z boku niedaleko od nas?

Skąd te gwałtowne uderzenia w pancerz i co to za iskierki tam błyskają? Ależ to nowe karabiny maszynowe, ustawiono na przedpiersiu okopu, przed chwila jeszcze pustego!

A my jesteśmy zupełnie sami, odosobnieni, wpośród ugrupowania nieprzyjacielskiego.

Posuwałem się za szybko. Jestem narażony na zniszczenie. Mój czołg jest teraz na łasce nie tylko jednego celnego pocisku działowego, lecz i skupionego ognia z karabinu maszynowego[3].

A ten przeklęty okop, obsadzono na nowo z tyłu za mną. Trzeba zawrócić do tylu i znów go oczyścić.

A więc w drogę.

Zakręcam, przebywam z powrotem nasyp.

Nagle ziemia zarywa się i gąsienice zaczynają się ślizgać!…

Nie mogę złapać tchu…

Lecz nie. czołg wspina się, zaczyna się przeważać… Okop jest już za nami.

Co za emocja! Poprostu bałem się bać!

O pięćdziesiąt metrów w prawo, w dawnej pierwszej linii niemieckiej, terkocze karabin maszynowy.

Kieruje się wprost na niego. Jego pociski nadlatują teraz z przodu, stukają w pancerz, ześlizgują się lub odbijają, nie przebijając jednak pancerza.

Ryczę: “Gelion, dlaczego nie strzelasz ze swej maszynki”?

– “Niemożliwe, panie poruczniku, zacięcie!”

– „Dobry Boże! szybko, zamienić,… Weźcie tylny karabin maszynowy, który w tej chwili nie … Aj!… och! och!…”

Jestem odurzony. Gwałtowne uderzenie w czoło…

Krew spływa mi po twarzy…

Widocznie odłamek pocisku lub cały pocisk karabinowy przeniknął do środka przez szczelinę obserwacyjną…

Krew, która mnie oślepia, spływa po lewym policzku, przenika do ust… jakiż mdły ma smak.

Szybko zwrot czołgiem, aby prawy karabin maszynowy mógł być użyty. Pinson ma bystre oko i dobrze się spisze

Ta-ta-ta.ta … ta-ta-ta-ta-ta… stuka i trajkocze jego karabin maszynowy.

Jednym ruchem ręki obcieram twarz.

Dobrze, Pinson, dobrze!

Twoje pociski są niechybne, śmiertelne. Śmiali przeciwnicy są nimi dosłownie skoszeni, poprzez lepkie powieki widzę jak walą się na swą maszynkę.

A co tymczasem dzieje się z lewej strony?

Naokoło naszego czołga, buchającego strzałami roi się od Niemców, lecz już na dalszą odległość.

„Do działa… ognia!”

Skierowywuje wzrok na cel… lecz nic się nie dzieje.

– „Dlaczego nie strzelasz? Pospiesz się z celowaniem, bydlaku”!…

Pochylam się na prawą stronę nad Delpechem, trącam go w ramię i potrząsam zapalczywie.

Co to jest… Ciało jego opadło bezwładnie na działo, oczy zamknięte, głowa chwieje się bezwolnie w ramionach…

Polerowana stal zamka zbroczona jest krwią…

Otwieram właśnie usta, ażeby krzyknąć, by kapral prędko zajął miejsce celowniczego.

Słup ognia opala mi twarz, pod czołgiem rozlega się potężny wybuch, uderzam głową w pancerz.

Czołg wznosi się nad ziemie i ciężko opada w krater, który niespodziewanie rozwarł się pod nim.

Straszliwy wstrząs”.

Za tydzień ciąg dalszy 😉


[1] Nazwa przyrządu celowniczego w artylerii.

[2] Za bliskie strzały artylerzyści nazywają krótkimi, odwrotnie za dalekie długimi.

[3] Pojedynczy pocisk z karabinu maszynowego nie przebija wprawdzie pancerza czołga, lecz go osłabia i nadwyręża. Skupiona długa seria z karabinu maszynowego (t. zw. ogień przy ryglach zamkniętych) trafiająca w niewielką powierzchnie pancerza może go nie tylko przebić, lecz nawet wyłupać w nim sporą dziurę. Ogień przy ryglach zamkniętych można prowadzić jednak tylko do czołga stojącego w miejscu.

M. Gegneur, M. Fourier, Avec les chars d’assaut, Librairie Hachette 1919.

Modelstory 11 kwietnia 2013 GŁÓWNA, RELACJE