KIERUNEK NIEMIECKIE OKOPY – CZĘŚĆ CZWARTA

Obejmuje spojrzeniem wnętrze czołgu. Co za widok?… …Krew jest wszędzie i na pancerzu, na dziale, na skrzynkach, nawet na przeklętym silniku, który odmawia posłuszeństwa. Na podłodze czołgu bałagan, wystrzelone łuski armatnie i karabinowe, puste taśmy do karabinów maszynowych, szczątki jednego z karabinów, narzędzia, ubrania zdeptane nogami. Gładka stal pancerza podłogi zbryzgana jest miejscami ohydną mieszaniną krwi i smarów.

Tak właśnie wyglądało wnętrze czołgu porucznika Fourier wówczas gdy czołgiści byli w rozpaczliwej sytuacji. Relacja oficera pozwala nam zrozumieć, że nawet w największej chwili zwątpienia trzeba zachować stalowe nerwy. Jak to zrobić kiedy wokół “stalowego więzienia” eksplodują pociski wrogiej artylerii, a czołg jest na celowniku licznych stanowisk karabinów maszynowych, których ogień jest w stanie przebić cienki pancerz?

W zeszłotygodniowym tekście mieliśmy okazję prześledzić początek kłopotów, w których znalazła się załoga porucznika Fourier. Wszystko idzie raczej po myśli broniących się Niemców: natarcie piechoty się zatrzymało, czołg naszego bohatera jest unieruchomiony, a pozostałe są jeden po drugim niszczone przez niemiecką artylerię. Jak będą rozgrywać się kolejne dynamiczne zdarzenia bitwy, która rozegrała się 5 maja 1917 roku w okolicach Moulin de Laffaux?

“…Ustawili znów swój karabin maszynowy ….

To zawzięty przeciwnik …

Strzelam znowu jak wściekły …

Ta-ta-ta-ta-ta …

Odpryski pocisków nieprzyjacielskich przenikają do środka, kaleczą mi ręce, nie myślę jednak o tym…

Ta-ta-ta-ta-ta

Koniec!

Zrąbany z kolei seriami pocisków nieprzyjacielskich mój karabin maszynowy przestaje działać, tym razem już na zawsze …

Czyż jest jeszcze coś do zrobienia?

A silnik?

Peyrana i Misson, bezskutecznie męczą się ciągle nad nim.

W pobliżu nas zaczyna się palić czołg…

Głośne wybuchy rozdzierają powietrze.

Tak, to artyleria niemiecka, rozpoczyna na nowo swa grę i niewątpliwie zaczyna się weń wstrzeliwać.

Przed chwilą jeszcze narzekałem w duchu, że jesteśmy tak blisko od okopu – obecnie bliskość ta zapewnia nam osłonę: artylerzyści niemieccy boją się strzelać tak blisko swoich.

Ogień artylerii nasuwa mi pewną myśl.

Ależ naturalnie!

Tak czy tak jesteśmy zgubieni, a przynajmniej nie zginiemy bez zemsty. I ja także przecież mogę zażądać ognia zaporowego naszej artylerii.

Mam w czołgu zielone rakiety i w razie stracenia nadziei mogę zażądać od artylerii otwarcia ognia tuz przy czołgu.

Do djabla, może my z niego nie wyjdziemy, ale i bosze także!

Zdejmuję z haka ciężką mosiężną rakietnice, szybko otwieram, ładuję zieloną rakietę, zamykam zamek.

A teraz uchylam pokrywę pancerza i wysuwam na zewnątrz lufę trzymając palec na spuście. Suchy trzask, szarpniecie ręki i rakieta wylatuje sycząc.

Nabijam pistolet powtórnie i chce znów wystrzelić. Ale rakietnica nie daje się domknąć, zaciął się kurek. Uderzam w pistolet, aby go otworzyć. Daremny wysiłek… uderzam gwałtowniej.

Paf!… rakieta wybucha mi w ręku, płonąca masa zapala na mnie ubranie …

Stojąca obok blaszanka z benzyną zaczyna się palić…

Tym razem upieczemy się już na pewno…

Ale Peyrand, mój dzielny, Peyrand, nie traci głowy!

Rzuca się po gaśnice, zlewa mi ręce, ramiona… Szybko skierowuje zwycięski strumień na palącą się tuż obok silnika blaszankę!

Wszystko ugaszone.

A wiec to nie jest jeszcze nasz koniec.

Obejmuje spojrzeniem wnętrze czołgu. Co za widok?

Trzech moich ludzi jest co najmniej ciężko rannych…

Wydaje rozkaz przeniesienia ich na koniec czołgu i umieszczenia miedzy silnikiem i skrzyniami z amunicja, aby oswobodzić w ten sposób przód.

Cała, pozostała załoga jest mniej lub więcej pokaleczona przez odpryski pocisków karabinowych.

Krew jest wszędzie i na pancerzu, na dziale, na skrzynkach, nawet na przeklętym silniku, który odmawia posłuszeństwa.

Na podłodze czołgu bałagan, wystrzelone łuski armatnie i karabinowe, puste taśmy do karabinów maszynowych, szczątki jednego z karabinów, narzędzia, ubrania zdeptane nogami. Gładka stal pancerza podłogi zbryzgana jest miejscami ohydną mieszaniną krwi i smarów.

W rozgrzanym powietrzu przepojonym smrodem rozgrzanego smaru benzyny i spalonego prochu, unoszą się kłęby dymu…

Na pół zgięty pod, przygniatającym nas sufitem pancernym, widzę to wszystko w mrocznym wnętrzu czołgu, w którym panuje cisza, pomimo, że skorupa pancerna aż drży od odgłosów toczonej na zewnątrz walki…

Lecz cóż to?

Muszę się oprzeć o pancerz, w głowie mi się kreci, machinalnie ocieram czoło, zbrukane krwią.

Czyżbym miał zemdleć…

Dlaczego mechanik i kapral patrzą na mnie zaniepokojonym wzrokiem?

Nie patrzcie na mnie w ten sposób!

Ach tak! Przecież tylko ja jeden umiem prowadzić czołg.

Jeśli ja zginę, cóż stanie się z nimi?

Ogarnia mnie zdrętwienie…

Nie, nie, nie chcę. – Jestem dowódcą.

Tuż obok jest wentylator, powiew świeżego powietrza.

Prostuje się, wdycham długo.

Trzeba się namyśleć?…

Do silnika!

A w pobliżu nas padają ciągle pociski z dział, niekiedy odłamki wprawiają w drżenie blachy pancerza, lecz ,prawdziwe niebezpieczeństwo natychmiastowe, stanowi dla nas niemiecki karabin maszynowy, który rozpoczyna ogień przy ryglach zamkniętych.

Zdaję mi się że tych karabinów jest więcej…

Czuję jak nasz pancerz się rozgrzewa, i zaczyna się kruszyć pod wpływem stalowych uderzeń.

Jeśli za kilka chwil nie ruszymy z miejsca…

Otrzaskany już z ciemnością, zatapiam wzrok w silniku. Trzeba, koniecznie trzeba znaleźć przyczynę, dlaczego nie można go uruchomić. Pragnę tego… Zmuszam się do systematycznego sprawdzania różnych części maszyny.

– Ależ psiakrew, kabel magneta dotyka do silnika! Krótkie spięcie, prąd nie dochodzi… Pomóżcie mi!… do roboty!

Odrywam przeklęty drut, zakręcam silnik korbą. Moich trzech całych ludzi pomaga gorliwie …

Pierwszy wybuch w silniku… Silnik zaczyna pracować, buczy, teraz już nie stanie!

Jednym skokiem znajduję się na swym stanowisku kierowcy, włączam bieg, naciskam akcelerator.

Moment trwogi!

Jak gąsienice zniosły ten straszny wybuch, który przed chwilą podrzucił nas w górę? Czy nie uszkodziły ich pociski z karabinów maszynowych?

Wolniutko ruszam z miejsca…

Boże! słyszę złowieszcze trzeszczenie!

Czy wózki się wykoleiły, czy też gąsienice kruszą się?

Nie, nie!

Posuwamy się naprzód, czołg wznosi się, wypełza z jamy, chybocze się, jesteśmy już na płaszczyźnie. Jedziemy.

Zmieniam kierunek – czołg posłusznie skręca…

Jakie miny muszą mieć teraz ci potępieni bosze!

Napewno zdawało się im, że mają nas już w ręku. Ostatnia salwa odbiła się o pancerz… Dowidzenia!

Nie mamy tu co więcej robić… Poza tym teraz, kiedy kryzys już minął, czuje się niezbyt dobrze. Czy będę miał dość siły, aby odwieźć z powrotem mych rannych i czołg. Wszystko kręci mi się przed oczyma.

Chciałbym tylko pomimo wszystko przed wycofaniem się zdziałać coś przeciw boszom, aby nie wyglądało, że odjeżdżamy pokonani…

Pokonani! Ale co mówię? Przecież te niebieskie płaszcze, które tam pędzą to nasi waleczni piechurzy…

A ten wielki dryblas na przodzie, z gołą głową i rewolwerem w garści, który sądząc wielkimi skokami, pociąga ich za sobą, toż to przecież Begari!

Zuch, zuch, nie ma co mówić!

Wyrwawszy się ze swego uszkodzonego czołga, musiał pobiec do nich, słowami i gestem rozwiać wahanie. A teraz spieszy wraz z nimi, aby wypędzić boszów,… aby ocalić nasz honor.

Dzielni piechurzy! Posuwają się za nim, oto wskakują już do okopu, który przed chwila opuściłem…

Co za ulga, teraz możemy już odjechać!

Ostatnim spojrzeniem zauważyłem, że nieprzyjaciel ucieka pośpiesznie przez poprzeczny wykop oraz, że w nieszczęsny czołg, trawiony przez pożar, uderzył jeszcze pocisk z działa.

Blachy wyleciały, w powietrze, i rozległ się silny wybuch wewnątrz… Biedni nasi koledzy!

Możemy odjeżdżać. Włączam największą szybkość i daje cały gaz. Trzeba wrócić jak najwcześniej. Teraz kiedy już wiem, że zadanie zostało spełnione, napięcie nerwowe, które aż dotąd mnie podtrzymywało, szybko opada. Upływ krwi, trwający przeszło godzinę osłabił mnie również. Coraz gęstszą mgłę mam przed oczyma. Lecz oto i nasza podstawa wyjściowa do natarcia. Z okopu dają mi znaki. Trzeba tam dojechać.

Ileż “niebieskich płaszczy” jest rozciągniętych na ziemi wokół nas!

Jesteśmy na stanowisku, gdzie przed chwilą jeszcze w lejach po wybuchu pocisków skryła się nasza piechota.

Kilku rannych wlecze się przez łąkę.

Ile trupów przed tymi przeklętymi zasiekami z drutów kolczastych.

A ja przed chwilą jeszcze złorzeczyłem naszym piechurom i byłem gotów oskarżyć ich o tchórzostwo!

Dlatego, że nie widziałem… Jak zawsze, ci którzy nie widzieli, czy maja prawo sądzić?

Jakiego zapału trzeba było, aby po takich stratach pędzić naprzód.

A nawet by ruszyć naprzód, tym bardziej, że ci co nieosłonięci pancerzem szli w to piekło, wiedzieli o tym, że przeszkody z drutu kolczastego są niezniszczone!

I oto w ten radosny wiosenny poranek, pośród zielonej wysokiej trawy i kwiatów, tylu ich leży rozciągniętych na ziemi, jak pęki bławatków…

Przyglądam się im w zamyśleniu…

Czy to jest obraz?

Ależ nie, – oni śpią tylko…. z zamkniętymi oczyma i woskowymi twarzami… jak figury woskowe w muzeum Grevin …

To są gladiatorzy … Ave caesar, morituri…

A ta krew przed mym lewym okiem?

Dlaczego gaśnie światło?

To. jest przygniatające…

Ach! głowa! miażdży ją jakaś korba…

Dusze się…

Chcę zasnąć i też mieć zamknięte oczy i twarz z wosku… Jak ja prędko wyrosłem… moje dzieciństwo… dziecinna twarzyczka z dużymi, jasnymi oczami, okolona blond włosami… Ręka z wosku… Ja nie mogę się poruszyć…

Padam!… padam… Pomocy! Mamo! Ta ciemność… Pustka.

Ach!…

Uderzenie w głowę.

Czerwone błyskawice przelatują mi przed oczyma…

Czoło uderzyło gwałtownie w zimny metal. Gdzie jestem?

Szczelina obserwacyjna w pancerzu!

Mrużę powieki – i… przypominam sobie.

Musiałem widocznie stracić przytomność na mym stanowisku kierowcy. Czołg ugrzązł w okopie, gwałtowne uderzenie ocuciło mnie.

Myśli moje wznawiają się, ale mózg jest obolały i rozleniwiony… Zbierzmy myśli.

Tak, ta ziemia dokoła poryta wybuchami pocisków, to pole bitwy.

Silnik warkocze ciągle. Noga moja opiera się jeszcze o pedał akceleratora. Jadąc na oślep, czołg posunął się poprzez okopy francuskie.

Wszystko to jak błyskawica przelatuje mi przez myśl.

Czołg stoi w miejscu. Zatrzymuje silnik, teraz słychać lepiej huk panujący na zewnątrz.

Mam tylko jedną myśl: wyjść z tego ciemnego stalowego więzienia, zaczerpnąć świeżego powietrza i zobaczyć coś innego, niż prostokąt światła w szczelinie obserwacyjnej pancerza.

Przyszedłem znów do siebie.

– Otworzyć drzwi… Wysiadać z czołga.

Głos mój brzmi dziwnie, lecz kapral Peyrand, mój dzielny Peyrand, który zawsze panuje nad sobą, otwiera już drzwi.

Światło. gwałtownie wdziera się do wnętrza czołga, które wygląda żałośnie, panujący tam nieopisany nieporządek sprawia potworne wrażenie.

Jeden po drugim zdrowi ludzie z załogi czołga kierują się do światła, chwiejąc się z lekka. Peyrand zdaje się już wyskoczył.

Chevalier wysiada podtrzymując zdrową ręką zranione, ramię.

Celowniczy Delpech odzyskał już przytomności z twarzą zbroczoną krwią oraz ubraniem w nieładzie z trudem czołga się na kolanach do wyjścia. Kapral podchwytuje go w ramiona i pomaga wysiąść.

Później przychodzi kolej na Geliona, strzelca z przedniego karabinu maszynowego wynosi go dwóch kolegów. Twarz jego przedstawia jedną straszną ranę, wargi są nabrzmiałe i poszarpane, być może jednak, że oczy są nieuszkodzone.

Ja ostatni przekraczam stalowy próg.

W rażącym świetle dziennym czuje się jak odrodzony! Tym niemniej kręci mi się w głowie.

Znajduję się w okopie, z którego wyruszyliśmy. Ranni są już złożeni i ja opieram się o ścianę okopu, aby nie upaść.

Świeże powietrze już mnie otrzeźwiło. Oddycham pełną piersią i sprawdzam swój stan. Lewe ramię jest bardzo ciężkie, lecz na szczęście mogę nim poruszać, nie ma więc złamania! Twarz jest obolała i dotykam jej palcami z niepokojem. Na czole przy lewej skroni, wyskoczył guz, ucho rozdarte, policzek skaleczony i jakby naszpikowany niezliczoną ilością drobnych odłamków. Krwawienie ustało już, lecz na bluzie mej wystąpiły długie brunatne plamy.

Musimy widocznie wszyscy mieć bardzo brudne twarze, gdyż piechurzy obsadzający okop, gdy podbiegli do nas, zatrzymali się o kilka kroków jak osłupiali i nie śmią odezwać się do nas.

A nad nami, podczas gdy bitwa jeszcze trwa, rysuje się energiczna sylwetka naszego dzielnego czołga i wydaje się, że opiekuńczo osłania nas jeszcze swym cieniem.

Z gromadki speszonych i przypatrujących się nam piechurów, odłączył się i szybko zbliżył do nas strzelec pieszy. Był to jeden z zuchów z plutonu porucznika Crepin, który miał za zadanie towarzyszyć naszym czołgom. Pluton ten w okrutny sposób zdziesiątkowany ogniem karabinowym i artyleryjskim zwolnił swe posuwanie się, podczas gdy ja docierałem do pierwszego okopu.

Tego poczciwca zapamiętałem dobrze, by to jeden z ostatnich żołnierzy francuskich, widzianych przez szczeliny obserwacyjne u boku czołga. I on też mnie poznał.

“Pan porucznik jest ranny! Czy ciężko? Ach, do jasnej cholery, co za sakramenckie natarcie! Czy zawołać sanitarjuszy? Nie? Ale ja wiem, gdzie jest punkt opatrunkowy… Co za dzień”.

A podczas gdy ja z wysiłkiem się podnosiłem, on zawołał: No! ale wyszczuplał teraz… musieliście porządnie oberwać”.

Skierowałem wzrok w stronę, w którą patrzył i zacząłem przyglądać się naszemu czołgowi z zewnątrz …

Rzeczywiście, co musieliśmy oberwać – jak to on zupełnie słusznie określił dosadną gwarą okopową!

Z trudem tylko można było poznać naszego “Toinon”. Krajobraz japoński[1], który okrywał jego pokaźne boki, znikł niemal całkowicie. Pod wpływem uderzeń pocisków karabinowych i odłamków, malowidło, które wywoływało zachwyt i radość malarza, opalone i połuszczone pozostało tylko we wspomnieniach.

Pociski karabinowe boszów płaszczyły się lub odbijały o pancerz, którego ogołocona z farby stal była porysowana błyszczącymi szramami.

Kilka pocisków karabinowych – zapewne przeciwpancernych – częściowo zagłębiło się w pancerz i wyglądało jak gwoździe wbite w boki naszego czołga, poniżając go niegodnie w ten sposób do poziomu ich Hindenburga[2].

Na widok prawego karabinu maszynowego nie mogłem powstrzymać okrzyku wściekłości. Był to jut tylko uszkodzony kawał stali pocięty, popruty i pokaleczony, wystający ze strzelnicy A ten czarny otwór ponad nią? Ależ tak to jakby złamana słomka, odleciał kawałek pancerza niewątpliwie w wyniku ognia z zamkniętymi ryglami niemieckiego karabinu maszynowego.

Biedny i waleczny “Toinon” jeśli załoga twoja okulała, to i ty również dzielnie dźwigałeś ciężar walki. I serce zakłuło mnie”.



[1] W celu zmniejszenia widoczności czołgów malowano je w plamy o nieregularnych kształtach w kilku kolorach najczęściej spotykanych w danym krajobrazie np. kolor zielony, szary i brązowy latem, a czarny i biały zima. Dzięki takiemu malowaniu czołg, zwłaszcza widziany z daleka, ginął i zlewał się z tłem.

[2] Jak wiadomo, podczas wojny wzniesiono w Niemczech drewniany pomnik Hindenburga, w który za drobną oplatą na cel dobroczynny każdy Niemiec miał prawo wbić gwóźdź.

M. Gegneur, M. Fourier, Avec les chars d’assaut, Librairie Hachette 1919.

Modelstory 25 kwietnia 2013 GŁÓWNA, RELACJE